Mnie. — Nikt ciebie nie
Kategorie

Mnie. — Nikt ciebie nie

Mnie. — Nikt ciebie nie zna i nikt ciebie znać nie może. Wśród wszystkich bowiem ludzi, którzy byli, są i będą, jesteś jedyna. Nikt ci nie dorównał i nikt ci nie do­równa. Barnim wzniósł miecz i głęboko wbił go w ziemię. Potem upadł na kolana i dotykając czołem rękojeści oddał niski pokłon pani Dirsli, łowczyni nadłebskich puszcz. Na oblicze jej wróciła zaduma i smutny uśmiech. Lęk ukłuł jej serce. Czyż bezpiecznie jest podsycać ogień, który może spalić? A więc odejść stąd najprędzej? Obra­zić hołdownika i zostawić mu gniew, który go poniesie ku innym czynom, miast miłości szybującej nad prze- paściami? Zerwać tedy nić, cienką jeszcze a już oplątu-jącą myśli? Lecz nie, nie zrobiła tego. Pani z belgardzkiego gro­du, łowczyni nadłebskich puszcz podeszła do Barnima,, obu dłońmi ujęła jego głowę, podniosła ją i wejrzała w jego oczy. Nie można wszak żyć bez ognia, chociaż, pali. — Barnimie — powiedziała, a w głosie jej była tkliwość. — Sameś rzekł, iż nikt mnie nie zna. I tjr mnie nie znasz. Oto zobaczyłeś mnie pierwszy raz. A za­tem wiedz, iż wzrok cię myli i któż wie, czy nie wodzi na manowce. Nie! Więc serce ci kłamie. Nie! Zapomnisz o mnie. — Nigdy nie było i nigdy nie będzie kobiety tobie równej. Jesteś ponad inne. Dlatego kocham cię i trwo­ga mnie ogarnia, a oddając ci hołd nienawidzę ciebie, bowiem utraciłem wolność. Wykrzyknąwszy te słowa zerwał się i począł ucie­kać. Belgardzka pani patrzyła za nim, spokojna już\" i uśmiechnięta, ukrywając w oczach zagadkę. Wkrótce Barnima otuliły drzewa i gęsto rosnące chaszcze. Biegł tak długo i szybko, że wreszcie padł bez tchu i przytomności. Kiedy się ocucił, słońce już się zniżyło i czerwone promienie ledwo przenikały w głąb puszczy z wolna wypełnianej mrokiem. Rycerz rozejrzał się. Nad nim stał koń, jego wierny Kołp. Grzebał kopytem i cicho parskał, gdyż niepokoił się wypatrując drapieżników czyhających w borze. Bar­nim wstał i objął smukłą szyję konia. Ucieszył się tak szczęśliwie odnalazłszy druha, którego był porzucił\' przywiązanego do buka. Lecz jak się to stało, że Kołp uwolnił się z rze­mienia? Nie zerwał go, nie miał bowiem okaleczeń, a wędzidło i wodze pozostały nietknięte. Któż tedy odwiązał go i odesłał za panem? Raptem spojrzał na siodło i zobaczył przytroczony do niego miecz. O rękojeść zahaczony był kabłączek ze srebra, ozdoba kobiecej skroni. Barnim, odjąwszy miecz od siodła, ucałował kabłą­czek i umocował go na pasie. Potem skoczył na konia i dał mu ostrogę. Kołp wspiął się i runął leśną ścieżką. Nad karkiem konia schylony jeździec jeszcze go popę­dzał i mknęli niby duchy wśród gęstniejącego mroku. Nagle drzewa się rozstąpiły i wpadli na karczowisko. Z dala błysnęło światło. Była tam pustelnia, w której mieszkał święty samotnik Lambert. Słysząc gwałtowny tętent czcigodny starzec wyszedł przed chatę, aby świa­tłem łuczywa wskazać drogę podróżnemu. Poznał Bar­nima dopiero wtedy, kiedy ten w szalonym pędzie już go mijał. Lambert rozkrzyżował ręce, lecz nie potrafił zatrzymać jeźdźca ani go nawrócić. Błysk światła padł na twarz pędzącego i starzec cofnął się w przerażeniu. Zawołał wielkim głosem: — Ratuj duszę swoją! Głos ten dobiegł Barnima. Rycerz wybuchnął śmie­chem, który jak grzmot przewalił się po karczowisku i uderzył w przeciwległą ścianę boru. Koń stulił uszy i, znacząc ślad kłębami piany, gnał ze wszystkich sił. Drzewa podchwyciły i poniosły okrzyk starca: — Ratuj... duszę... swoją... ...i zuchwały śmiech rycerza. Kiedy doniesiono o tym Wartysławowi, palatyn Bel-gardu powiedział: — Zostawcie ją. Niechaj czyni według swych zamie­rzeń. Mniejsze z tego będzie zło, niż gdyby ktokolwiek zechciał ją odwodzić.

Poprzedni - Oczu kobiety. Patrzyli
Następny - Kiedy przyjdzie czas,

Strony pokrewne